Z marką znam się już całkiem długo, a testowanie ich produktów zaczęłam od serii ze śluzem ślimaka - recenzję oczywiście znajdziecie na blogu. Gdy moja skóra potrzebowała zmatowienia, kupiłam lekki krem z wodą probiotyczną pro.aQua, matującymi mikrogąbkami i aktywnym węglem z bambusa. Jak się sprawdził? O tym poniżej...


Produkt miał pomagać w walce z nadprodukcją sebum i rozszerzonymi porami. Mały spojler - z tym drugim radził sobie średnio. Aktywny węgiel z bambusa z założenia działa niczym magnes na toksyny i zanieczyszczenia, ma je wyciągać z porów skórnych i tym samym dogłębnie oczyszczać naszą skórę. Po odblokowaniu porów, miało następować zmniejszenie ich widoczności, które niestety nie było u mnie efektywne. Węgiel ponadto ma zadanie, by działać antybakteryjnie i hamować powstawanie niedoskonałości. 

Spoko, oczyszczenie i zmniejszenie predyspozycji do powstawania niedoskonałości miałam fajnie widoczne, ale te pory jakie były na początku, takie zostały do końca stosowania matującego kremu od Biotaniqe. 

Pora omówić matujące mikrogąbki zawarte w składzie - ich celem było pochłonięcie nadmiaru sebum i zapewnienie matowego wykończenia. Spełniały swoją misję, trzeba to przyznać.


Dodatkowym zadaniem kremu Biotaniqe Dermoskin Ekspert | MACRO HYDRO THERAPY jest nawilżanie skóry i z tym również radził sobie bardzo dobrze. Nawilżenie i matowienie było jak najbardziej odczuwalne, jednak zmniejszenie widoczności porów już nie za bardzo -  a właściwie wcale. 

Krem stosowałam głównie w ciepłe miesiące, gdy moja przetłuszczająca się skóra potrzebuje wyjątkowej opieki pod kątem matu. Może w czasie chłodnych miesięcy byłoby widoczne również zmniejszenie porów? Nie wiem, ale latem niestety Biotaniqe sobie z tym nie poradził. 

Przeznaczenie lekkiego matującego kremu nawilżającego od Biotaniqe oczywiście jest do skóry tłustej i mieszanej, jak przystało na tego typu krem. Ma naprawdę lekką formułę, nada się również do pielęgnacji skóry normalnej, wrażliwej oraz takiej ze skłonnością do podrażnień. Ogólnie jest to niezły produkt do stosowania na dzień i pod makijaż, którego trwałości może nie przedłuża, ale i nie skraca, przy czym optymalnie nawilża skórę przez cały dzień.


Suche szampony są wybawieniem w dni, gdy wstaniemy za późno i nie wystarczy czasu na umycie włosów. U posiadaczek długich włosów, może być też produktem niezbędnym do odbicia pasm u nasady bez problematycznego modelowania włosów na okrągłej szczotce - co swoją drogą kojarzy mi się troszkę z... drag queen. Nie wiem jak inne właścicielki długich kosmyków, ale ja nie znoszę układać swojej fryzury na szczotkę. Kłaki wszędzie się wtedy plączą, jak język po kilku głębszych.

Dlatego w ruch idzie suchy szampon i dzięki niemu fryzura zyskuje na objętości. Jednak odwiecznym problemem dla moich ciemnych włosów były białe kropki, osiadające na głowie po użyciu tego typu produktu.


Próbowałam już nawet suchego szamponu dla brunetek, ale był to kosmetyk barwiący na brązowo! Po użytku można było znaleźć na skórze głowy syf. W dodatku trzeba było uważać, żeby nie dotykać włosów dłonią ani niczym innym, bo zaraz wszystko by było ufajdane...

Więcej razy takiego kosmetyku nie kupiłam i pogodziłam się z tym, że jeśli chcę używać suchych szamponów, to jestem wręcz skazana na biały nalot, który czasem jestem w stanie całkiem obsypać z włosów, ale czasem zwyczajnie nie da się tego zrobić.



_________________________

Ostatnio, gdy byłam w Hebe, trafiłam na promocję COLAB Dry Shampoo, a że promki bardzo lubię - to kupiłam dwie sztuki!

Wybrałam zapachy fruity i candy. Ten pierwszy pachnie jeszcze jako tako, ale drugi - nie bardzo mi się podoba. Faktycznie przypomina te zwykłe, tanie lizaki, które widnieją na opakowaniu sprayu, ale dodatkowo czuć woń chemii, a to nie przypadło mi do gustu.

Na szczęście do wyboru jest jeszcze wiele innych wersji zapachowych, które z pewnością wypróbuję. I to wypróbuję z ogromnym entuzjazmem, nawet jak będę miała trafiać na kolejne śmierdziuchy. No dobra, nie są takie straszne, ale jak masz włosy do pasa, to czujesz ich zapach nader często i jeśli jest to woń nie do końca przypadająca do Twojego gustu, to ten tego... nie da się być w pełni zadowoloną babką z niepasującym do Ciebie zapachem towarzyszącym Ci niemal całą dobę. 


Jednak fenomenem tych produktów jest według mnie fakt, że COLAB nie zostawia białych śladów na włosach! W jaki sposób oni to zrobili, że uzyskali coś, czego nie udało się osiągnąć żadnej testowanej przeze mnie marce suchych szamponów? Nie mam pojęcia, ale jestem pod wrażeniem.


Możliwe, że blondynki nie uznają tego za niesamowite odkrycie, bo na ich jasnych włosach nie pokazuje się aż tak widoczny nalot, jednak brunetki używające suchych szamponów powinny docenić to, co producent nam oferuje.


Czy suchy szampon dorównuje innym pod względem odświeżania włosów? Tak, nie widzę różnicy, tym bardziej, że w razie potrzeby można użyć go nieco więcej bez obaw, że łeb będzie siwy jak u Wiedźmina.



Temat niewłaściwego korzystania z kosmetyków do demakijażu i błędów w oczyszczaniu skóry twarzy pewnie nie jest Ci obcy. Może nawet nie zdajesz sobie sprawy, że te błędy popełniasz?


Jeśli używasz płynu micelarnego, żelu, mleczek, czy jakichkolwiek innych kosmetyków w formułach, których według producenta nie trzeba zmywać ze skóry - jestem zobowiązana Cię poinformować, że najprawdopodobniej niewłaściwie pielęgnujesz swoją cerę. 


Już tłumaczę dlaczego! Produkty, które reklamowane są jako te, których nie musisz zmywać z twarzy wodą, w przeważającej ilości zawierają detergenty. Mają oczyszczać skórę i robić demakijaż, więc muszą zawierać słabsze, bądź silniejsze składniki czyszczące. Te natomiast nie powinny zostawać na naszej skórze, bo detergent pozostawiony samopas na twarzy, sieje spustoszenie. Może wyrządzić szkody, począwszy od chwilowego pogorszenia wyglądu naszej skóry, poprzez podrażnienie, aż do wywołania długotrwałych reakcji alergicznych. Może też przyczynić się do nadmiernego wydzielania łoju, co jest tragiczne w skutkach, zwłaszcza dla osób z cerą przetłuszczającą się i tendencją do powstawania wyprysków.  

Owszem, są na rynku kosmetyki, które takich szkód nie wyrządzą, ale znaczna większość produktów jednak ma w swoim składzie detergenty, a te nigdy nie służą skórze ...nigdy!


Dla potwierdzenia swojej tezy, opowiem Ci, jakie różnice widzę na własnej facjacie. Gdy nie zmyję produktu, który niby tego nie wymaga, moja skóra wygląda jakby potrzebowała natychmiastowego peelingu - pewnie wiesz, co mam na myśli. Dodatkowo szybciej się przetłuszcza, a ten połysk prezentuje się totalnie niezdrowo. Nie można nazwać go modnym w ostatnim czasie naturalnym glow, bo jest czymś brzydkim, niekorzystnym. Mam też wrażenie, że kosmetyki pielęgnacyjne nałożone na taką skórę, nie chcą się dobrze wchłonąć, co nie ma miejsca po zmyciu detergentu wodą. 


Zatem jeśli chcesz, by Twoja skóra wyglądała zdrowo i pochłaniała produkty pielęgnacyjne jak gąbka, musisz zmywać wodą wszelkie kosmetyki do oczyszczania i do demakijażu skóry. Detergenty pozostawione na twarzy nigdy nie będą działać na nią korzystnie, a Ty tylko pogorszysz stan cery i możesz wywołać szereg objawów, których wcale by nie było, gdyby twarz została ochlapana woda, czy nawet przemyta nasączonym wodą wacikiem. Prosta czynność, a tak wiele może zmienić w codziennej pielęgnacji. Rozważ proszę wprowadzenie tych kilku kropel wody do Twojego rytuału pielęgnacyjnego, a skóra na tym zyska. 

Wiele osób pewnie powie, że przecież producent musi mieć rację i jak pisze na opakowaniu, że nie trzeba zmywać zrobionego przez niego kosmetyku, to jest to najprawdziwsza prawda ...i tak i nie. Nie musisz tego zmywać, bo nie wytwarza piany i nie pozostawi na twarzy wyczuwalnego badziewia, z którym czułbyś się conajmniej niekomfortowo. Jednak wpływ na skórę to już inna, bardziej skomplikowana bajka.

Aż się prosi ogłosić to bardziej dobitnie, żeby jak najwięcej osób zdało sobie z tego sprawę i mogło odpowiednio zadbać o swoją skórę. A jakby tak pójść w miasto i rozdać broszurki informacyjne? Albo zrobić stoiska wystawiennicze dotyczące tej sprawy? Takie zjawiskowe aranżacje przestrzeni, punktów targowych i konferencyjnych robi Event Logistica. Akurat ich nietypowe spojrzenie na aranżacje akcji promocyjno-marketingowych pasowałoby nawet do wystawienia się z czymś takim... tylko jak by nazwać taką akcję? Może trafniejszym pomysłem byłoby coś w stylu infokiosku z animacjami wyjaśniającymi, dlaczego warto chlapnąć się wodą po użyciu kosmetyku o formule niby nie wymagającej zmywania? Wiesz pewnie jak wygląda taki infokiosk? To jest ten sam gadżet, który w centrach handlowych wyświetla nam mapy sklepów i pomaga dotrzeć do celu ...ja mam taką orientację w terenie, że korzystam z tego za każdym razem, gdy jestem na zakupach.


Ale już odbijając od wyimaginowanych stoisk i infokiosków dotyczących prawidłowej pielęgnacji skóry twarzy ...zrób sobie tą przyjemność i udoskonalaj swój rytuał pielęgnacyjny, gdy tylko poszerzysz wiedzę, jak w tej właśnie chwili.



Swoją przygodę z EOSami zaczęłam od balsamu w sztyfcie o smaku Vanilla Bean. W tym kosmetyku zakochałam się do pierwszego użycia i dobre wrażenie towarzyszyło mi aż do ostatniego smarnięcia ust. Niestety nie wszystkie balsamy tej marki podzieliły los waniliowej kulki, ale o tym za chwilę...





__________________
EOS Organic Vanilla Bean



Skład jest istną bombą odżywczą! Opiszę wam po kolei wszystkie składniki balsamu, żebyście sami mogli się o tym przekonać:

Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil - olej z pestek słonecznika jest bogaty w witaminy A, D i E, dzięki czemu działa odżywczo i natłuszczająco, wykazując dodatkowo działanie przeciwzapalne, łagodzące i wygładzające;

Beeswax/Cera Alba (Cire d’abeille) - wosk pszczeli przyspiesza regenerację skóry i działa niezwykle odżywczo. Tworzy na ustach także film okluzyjny zapewniający ochronę przed czynnikami zewnętrznymi;

Cocos Nucifera (Coconut) Oil - olej kokosowy. Ten składnik tworzy na powierzchni skóry odżywczą, silnie natłuszczającą powłokę, która chroni usta przed odparowywaniem wilgoci i zapewnia ochronę przed wszelkimi czynnikami zewnętrznymi;

Butyrospermum Parkii (Shea) Butter - masło Shea, które koi, łagodzi i pielęgnuje, przyspieszając regenerację. Pełni też funkcję ochronną, nawilżającą oraz odżywczą; 

Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil - olej jojoba. Zmiękcza i wygładza powierzchnię, na którą został zaaplikowany. Zawiera witaminy A, E i F, dzięki czemu ma działanie odżywcze, przeciwstarzeniowe i regeneracyjne;

Flavor (Aroma) - zapach;

Copernicia Cerifera (Carnauba) Wax/Cire de carnauba - wosk karnauba. Działa intensywnie kondycjonująco;

Olea Europaea (Olive) Fruit Oil - oliwa z oliwek, która odżywia, nawilża i regeneruje skórę, opóźniając procesy starzenia. Oliwa z oliwek uzupełnia niedobory lipidowe, zaś zawarta w niej wysoka dawka witaminy F, chroni skórę przed utratą nawodnienia;

Vanilla Planifolia Fruit Extract - ekstrakt z owoców wanilii płaskolistnej służy do aromatyzowania;

Tocopherol - inaczej witamina E, działa przeciwstarzeniowo. Wzmacnia ściany naczyń krwionośnych i poprawia ukrwienie skóry;

Stevia Rebaudiana Leaf/Stem Extract - ekstrakt z gatunku roślin astrowatych, służy do nadania słodkiego smaku;

Beta-Sitosterol - fitosterole o działaniu przeciwzapalnym;

Squalene - skwalen odżywia, ujędrnia, nawilża i natłuszcza skórę. Tworzy film okluzyjny, więc chroni usta i odbudowuje płaszcz lipidowy wzmacniając skórę;

Anisyl Alcohol - jest rozpuszczalnikiem dla innych substancji i działa konserwująco. 

Waniliowa wersja balsamu EOS ma według mnie zapach podobny do słodkiego ciasta. Co ciekawe, słodki ma też smak i trzeba było powstrzymywać się od natarczywego oblizywania warg. Aplikowanie było mega wygodne, bo kosmetyk jest w formie sztyftu. W dodatku formuła pozwała balsamowi dobrze przylegać do ust i wyglądać jak bogaty w składniki odżywcze błyszczyk. Właściwości pielęgnacyjne również nie zawiodły!



__________________
EOS Organic Sweet Mint



Skład tego balsamu jest prawie identyczny, ale opiszę wam chociaż te składniki, które nie wystąpiły w waniliowym EOSie:

Tocopherol;

Beta-Sitosterol;

Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil;

Beeswax/Cera Alba (Cire d’abeille);

Cocos Nucifera (Coconut) Oil;

Copernicia Cerifera (Carnauba) Wax/Cire de carnauba; 

Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil;

Flavor (Aroma);

Butyrospermum Parkii (Shea) Butter;

Olea Europaea (Olive) Fruit Oil;

Mentha Piperita (Peppermint) Leaf Extract - ekstrakt z mięty pieprzowej, koi i łagodzi skórę. Nadaje również przyjemny, mentolowy zapach i chłodzi usta;

Stevia Rebaudiana Leaf/Stem Extract;

Squalene;

Linalool - substancja zapachowa;

Limonene - substancja zapachowa, imituje zapach skórki cytrynowej.  

Z tym balsamem się nie polubiłam, tfu! Nie dość, że formuła zawierała w sobie takie jakby maleńkie kuleczki - bardziej przypominające kosmetyk peelingujący niż pielęgnacyjny, to w dodatku ten miętowy zapach mnie odpychał. Smak był już nieco lepszy, bo wyczuwało się słodkawe nuty. Oczywiście jest to ocena subiektywna, bo węch i kubki smakowe każdy ma nieco inaczej zsynchronizowane z odczuwaniem przyjemności. Właściwości pielęgnacyjne były mniej widoczne niż w przypadku pozostałych balsamów EOSa.


___________________________
EOS Organic Pomegranate Raspberry



Tutaj również znaczną większość składników mamy opisaną w powyższych balsamach, więc wyjaśnię tylko działanie tych, które nie wystąpiły w poprzednich kosmetykach:


Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil;

Beeswax/Cera Alba (Cire d’abeille);

Cocos Nucifera (Coconut) Oil;

Butyrospermum Parkii (Shea) Butter;

Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil;

Flavor (Aroma);

Copernicia Cerifera (Carnauba) Wax/Cire de carnauba;

Olea Europaea (Olive) Fruit Oil;

Punica Granatum Seed Oil - olej z pestek granatu, który ma działanie antyoksydacyjne i przeciwzapalne. Regeneruje uszkodzony naskórek;

Rubus Idaeus (Raspberry) Leaf Extract - wyciąg z liści czerwonych malin. Kondycjonuje usta;

Tocopherol;

Stevia Rebaudiana Leaf/Stem Extract;

Beta-Sitosterol;

Squalene;

Linalool.


Czerwony balsam w sztyfcie nie był zły, ale jego konsystencja i efekt pozostawiony na ustach przywodziły mi na myśl wazelinę, zaś zapach malinowo granatowy, który wydobywał się z opakowania przypominał mi bazarowe pomadki z lat '90. Nie ma szału w kwestii zapachu, ale na szczęście ten balsam perfekcyjnie pielęgnował usta i na plus wychodzi również forma, w której podano nam balsam - czyli forma sztyftu. 


__________________________
EOS Organic Lemon Twist UV SPF 15



Występuje tu kilka osobliwych składników, których nie omawialiśmy w powyższych balsamach, bo ich tam zwyczajnie nie było, zaś te, które już były opisane - pominę:

Avobenzone 3% - filtr UV, chroniący skórę przed szkodliwym wpływem promieniowania słonecznego;

Homosalate 8% - kolejny filtr UV;

Octocrylene 5% - kolejny i ostatni już filtr UV;

Beeswax/Cera Alba (Cire D’abeille);

Olea Europaea (Olive) Fruit Oil;

Cocos Nucifera (Coconut) Oil;

Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil;

Flavor (Aroma);

Limonene;

Butyrospermum Parkii (Shea) Butter;

Citrus Limon (Lemon) Peel Extract - wyciąg ze skórki cytryny;

Tocopherol;

Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil;

Stevia Rebaudiana Leaf/Stem Extract;

Citral - substancja zapachowa, imitująca zapach cytryny;

Linalool;

Geraniol - substancja zapachowa, imituje zapach pelargonii. 

Intensywny, orzeźwiający zapach cytrusów to zdecydowanie jedna z ładniejszych woni kosmetyków pielęgnacyjnych do ust, jakie miałam przyjemność używać. Jest to dość twarda formuła, więc trzeba było kilka razy przeciągnąć kulką po ustach, ale zapewniam, że warto się "przemęczyć". Pielęgnacja warg jest na jak najbardziej zadowalającym poziomie i do tego mamy tu ochronę przeciwsłoneczną, co może być bardzo przydatne dla osób korzystających z zabiegów powiększania ust kwasem hialuronowym. Kwas hialuronowy szybciej rozkłada się pod wpływem promieniowania UV, także po zabiegu warto chronić usta przed słońcem.


_______________________
EOS Organic Strawberry Sorbet


Zaledwie jeden komponent tego kosmetyku nie był opisany powyżej, więc zajrzyjcie tylko pod opis wyciągu z truskawki: 

Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil;

Cera Alba (Beeswax);

Cocos Nucifera (Coconut) Oil;

Copernicia Cerifera Cera (Carnauba);

Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil;

Aroma;

Butyrospermum Parkii (Shea) Butter;

Olea Europaea (Olive) Fruit Oil;

Fragaria Vesca (Strawberry) Fruit Extract - wyciąg z truskawki, działa przeciwzapalnie, odżywczo i wygładzająco;

Tocopherol;

Stevia Rebaudiana Leaf/Stem Extract;

Beta-Sitosterol;

Squalene.

Słodki owocowy zapach przypadnie do gustu wszystkim fanom truskawek. Konsystencja balsamu jest bardzo fajna, dobrze przykleja się do ust, dzięki czemu pozostaje z nami na długi czas. Właściwości pielęgnacyjne również są bez zastrzeżeń. Kosmetyki w kulce mają to do siebie, że na początku bardzo wygodnie się je aplikuje, zaś później - gdy zużyjemy już znaczną ilość produktu, trzeba używać palca, żeby nabrać balsam i dopiero rozsmarować go na ustach. Mało higieniczne, ale jeśli odpowiednio dbamy o czystość dłoni, to nie powinno nam to przysporzyć kłopotu. To oczywiście tyczy się wszystkich produktów do pielęgnacji w postaci kulki.



Który z opisanych przeze mnie balsamów pasuje do Ciebie najbardziej? A może masz jeszcze innego faworyta wśród produktów od EOS?
Dzisiaj poruszymy sobie temat trochę niestandardowy, inny niż wszystko, co dotychczas pojawiało się w mojej osobistej otchłani internetów ...nasłuchałam się ostatnio dosyć sporo o problemach z wyegzekwowaniem od pracodawcy wypłaty wypracowanych własnymi rękami pieniędzy i okazuje się, że nie wszyscy poszkodowani wiedzą, jak w takiej sytuacji postąpić! 


Najpierw opiszę wam moją przygodę z niewypłacalnym pracodawcą, który zalegał mi pieniądze nawet długo po tym jak się zwolniłam. Pierwszym krokiem był kontakt telefoniczny z nim oraz zarządem. Jak to nie pomogło i zaczęłam być zupełnie ignorowana, co objawiało się poprzez nie odbieranie połączeń telefonicznych, wtedy wysłałam listownie przedsądowe wezwanie do zapłaty. Było to wezwanie napisane bezpośrednio przeze mnie i miałam wątpliwości, czy zostanie potraktowane poważnie. Całe szczęście, po upływie kilku dni pieniądze znalazły się na moim koncie i na koncie mojej koleżanki z pracy, która też od miesięcy nie widziała wynagrodzenia za wykonaną przez siebie pracę. Też oczywiście rzuciła tę robotę - właściwie to już miesiąc wcześniej niż ja. 

W tym przypadku poskutkowało zwykłe przedsądowe wezwanie do zapłaty wysłane pocztą. Jednak jest wielu dłużników, którzy nic nie robią sobie z takich poczynań - właśnie o takich ancymonach nasłuchałam się ostatnimi czasy zdecydowanie za wiele i dlatego przybywam z odsieczą! 



_______________
Przede wszystkim zapytam - jak taki niespłacany pracownik ma się starać tworzyć dobre imię Twojej marki kasztanie? Przemyśl to, gdy będziesz zalegać z wypłatą za ostatnie miesiące pracy osoby, która przecież też musi opłacić swoje rachunki i mieć za co zrobić zakupy. Noo ale do rzeczy!

Jest bardzo prosty sposób na wyegzekwowanie swoich należności i nie chodzi tu tylko o pieniądze od pracodawcy. Ten sam sposób może przydać się wam do odebrania długów od tych, którzy z różnych powodów nie mają na honorze, by zwrócić wasze pieniądze. 

Idealnym i jednocześnie prostym rozwiązaniem może okazać się e sąd. Jak wiele ważnych spraw, obecnie windykacja też może odbyć się on-line. Korzystając z narzędzi, jakie udostępniają nam fachowcy, zajmujący się odzyskiwaniem długów od 2002 roku, możemy przyspieszyć cały proces i nie głowić się nad zgłębianiem trudnych prawnych procedur. Zespół fachowców, składający się z negocjatorów, prawników i finansistów, ma na swoim koncie mnóstwo certyfikatów, które potwierdzają ich umiejętności. 

Jak wobec tego masz odzyskać swoje pieniądze korzystając z dobrodziejstw internetu i przede wszystkim z pomocy ludzi znających się na swoim fachu? 

źródło: e-sad.info.pl

Jak widzisz na schemacie, w Twoich rękach już nie będzie spoczywać zgłębianie od podstaw procedur, które są skomplikowane i trudne do ogarnięcia dla nas, statystycznych Kowalskich. Zajmą się tym wykwalifikowani specjaliści, którzy będą pośrednikami, odpowiedzialnymi za sukces Twojej sprawy.

Nie będziesz się wtedy martwić formalnościami, które niestety potrafią spędzić sen z powiek. Osoba, która zalega z oddaniem należnych Ci pieniędzy, otrzyma wezwanie do zapłaty i to nie byle jakie, bo poparte oficjalnym nakazem zapłaty. 

Będzie to próba polubownego załatwienia sprawy pomiędzy Tobą i Twoim dłużnikiem. Tego wezwania nie można sobie tak zwyczajnie zlekceważyć, a jeśli jednak ktoś pomyśli, że spróbuje być cwańszy niż jest faktycznie i nadal nie ureguluje długu, wtedy po 14 dniach sprawę przejmuje komornik. Istnieje oczywiście ryzyko, że dłużnik wniesie sprzeciw, ale wtedy sprawa trafia do sądu stacjonarnego i walka o swoje trwa dalej.

~i dobra wiadomość dla wszystkich, którzy obawiają się, że takie poczynania są za drogie na ich kieszeń! Koszty postępowania sądowego i egzekucyjnego, a także koszty zastępstwa procesowego i egzekucyjnego spoczywają na dłużniku, także do dzieła - nie bój się upomnieć o swoje.




Pamiętacie jeszcze, jak rozwodziłam się nad właściwościami kamieni takich, jak choćby ONYKS, czy BURSZTYN?

A czy wierzyć w takie rzeczy? Ile osób, tyle opinii. Ja osobiście może nie jestem zwolenniczką myślenia, że kamień sam w sobie zdziała cuda, ale jeśli będzie on swego rodzaju talizmanem …to czemu nie? Szczęście przynosi nam to, co wierzymy, że je przyniesie. Może to być mały pluszowy miś albo jak w przypadku mojej znajomej - zdjęcie bliskiej osoby, które brała ze sobą na wszystkie ważniejsze wydarzenia. Na wszelkie egzaminy, na maturę, na rozmowę o pracę …wierzyła, że obecność tego zdjęcia będzie jej sprzyjać. Jest to swego rodzaju efekt placebo, jak z lekami, którymi lekarze faszerują jakiś tam procentowy ułamek chorych. Zabawnie czyta się wyniki badań, w których okazuje się, że efekty schorzenia przeszły niejednej osobie, która zażywała jedynie tabletkę wypełnioną NICZYM.

To daje nam bardzo ciekawe wnioski, a mianowicie - sugestia jest warta czasem tyle samo, co leki zawierające leczniczą substancję czynną.


No a skoro placebo okazuje się być tak efektywne, to czemu by nie przypisać nadprzyrodzonych właściwości pięknym przedmiotom, które mogłyby nam towarzyszyć w ważniejszych chwilach? I nie tylko wspomagać wiarę w powodzenie, ale i zdobić naszą szyję, czy nadgarstek? 

Perła, zwykły wytwór małży, ale jednocześnie ekskluzywny element biżuterii. Symbolizuje uczciwość, szczerość, niewinność, czystość oraz tak pożądaną i tak odległą dla wielu mądrość.

Wiecie, że perła ma najwięcej wspólnego z wodą (mało zaskakujące) i z kobietą (to już brzmi bardziej niespodziewanie). Ten osobliwy wytwór, zbudowany właśnie z tego, z czego stworzona jest wewnętrzna strona muszli, pomaga ponoć w pogłębieniu poczucia własnej wartości i samoakceptacji. Pozwala odnaleźć poczucie kobiecości w całym tym pośpiechu i świecie pełnym wyzwań, które sprawiają, że przedstawicielka płci pięknej musi sprostać wielu zadaniom przeznaczonym wydawałoby się dla mężczyzn. Moc pereł sprawia, że kobieta ma poczuć, że wreszcie jest na swoim miejscu - na miejscu pięknej i subtelnej osóbki, której rozrywką jest uwodzenie i kokietowanie ~ tu akurat nie ma się co dziwić, bo każda babka z perłową biżuterią będzie czuć się wyjątkowa!


Perły mają działać stymulująco na procesy wydalania i oczyszczania organizmu - tutaj bym się zastanowiła, bo nie jemy przecież pereł, więc jak mają wpłynąć na pracę układu pokarmowego, czy wydalniczego? No ale pozostawmy to mocy sugestii i opisanemu wyżej efektowi placebo. 

Co jeszcze można śmiało sugerować swojemu organizmowi zakładając biżuterię z pereł?

Czytałam, że perłowy naszyjnik noszony bezpośrednio na skórze ma łagodzić chroniczne bóle głowy i migreny. Perły mają wzmacniać nasze nerwy, gruczoły nadnerczy, mięśnie i śledzionę, powinny także przeciwdziałać przeziębieniom i wrzodom żołądka. Ile w tym prawdy misie kolorowe? Tego nie wiem, ale wiem, że z perłami każda kobieta będzie wyglądać elegancko, a wręcz wytwornie. 


Ostatni rok pokazał nam, że perły nie są zarezerwowane wyłącznie dla kobiet w podeszłym wieku, jak zwykło myśleć duże grono osób zapytanych, czy lubią perłową biżuterię. Obecnie nawet młode kobiety, a wręcz nastoletnie dziewczyny lubują się w perłach!

W sieci znajdziemy sklep z biżuterią, gdzie perły nazywane są delikatnymi łzami aniołów. Wiecie, że to określenie bardzo trafiło w me gusta? Wystarczy spojrzeć na perły rozsypane na dłoni i to skojarzenie wyda się nader trafne. 


Biżuteria z pereł jest pochodzenia organicznego, co będzie przemawiać do wszystkich tych, co lubią mieć przy sobie piękno prosto spod ręki Matki Natury. Naszyjniki, bransoletki na gumce i wszelakie kolczyki z naturalną perłą znajdziecie u ludzi określających perły w niebanalny sposób, który przytoczyłam w akapicie powyżej - pewnie pamiętacie, musicie pamiętać! Przedmioty od Gal - art wykonane są z najwyższą precyzją. Zresztą …jak tu nie podejść z największą dbałością o szczegóły do czegoś, co określa się mianem anielskiej łzy? Tak misie kolorowe, to jest właśnie określenie na perłę, które przywarło do mnie chyba już na dobre - anielska łza ...zauważyliście na moim zdjęciu swoiste odniesienie do tego? Chodzi mi oczywiście o zdjęcie, które widnieje na samej górze wpisu, no jasna sprawa.